Twórczość seniorów

GRZEGORZ

Matka dała mu na imię Grzegorz. Ale mógłby się nazywać Franciszek, tak bardzo kochał świat jak Św. Franciszek. Kochał ludzi, i zwierzęta i cała naturę. Wszystko garnął do siebie i sobą też hojnie obdarzał.

Jego stosunek do Boga był również pełen przyjaźni, nigdy nie wybuchał z pretensjami, z żądaniami, a wszystko przyjmował z uległością. Także cierpienie uznawał za swoją brzydszą siostrę.

Życie Grzegorza nie obfitowało w nadzwyczajne wydarzenia, ale było proste i dobre. Zdrowie tez miał dobre. Skończył 84 lata i na nic poważniejszego nie chorował. Toteż nie znosił bezczynności. Powoli i z odpoczynkami wykonywał każdą pracę, która nie przekraczała jego sił.

Dzisiaj pomógł przy rannym nakarmieniu krów, a potem poszedł przewrócić siano. Najszczęśliwszy zawsze czuł się w polu. Obok sianokosów było poletko kwitnącej, białej koniczyny. Brzęczały w niej pszczoły ciężkie od słodkiego nektaru. Pachniała koniczyna, pachniało siano, lekko falowało zielone jeszcze zboże. Nad głową Grzegorza, jakby lżejsze od powietrza, unosiły się niewidoczne skowronki, śpiewały swoją odwieczną pieśń. Od żaru słońca chronił Grzegorza stary, kościelny kapelusz. Wnukowie mówili, że dziadzio wygląda jak kowboj. Oparł się na widłach, aby odpocząć i patrzył na daleki horyzont, gdzie ciemniała gruba linia lasu, na szosę zaznaczoną drzewami, na pola, na niebo tak niebieskie jakby było wielkim polem kwitnącego lnu. Dusza jego przepełniona była wdzięcznością. Grzegorz nigdy nie odmawiał długich pacierzy. Jednak całe jego życie było modlitwą pełną uwielbienia Boga. Ostatnio wielką miłością obdarzał swoich prawnuków. Kochał też nieprzerwanie całe swoje gospodarstwo i ziemię, po której chodził. Ileż to razy przeszedł ją w swoim życiu skiba za skibą orząc w konie, a później ciągnikiem. Tylko Anioł Stróż mógł zliczyć jego kroki.

Obsunęła mu się ręka na widłach i ocknął się z zadumy. Skończył przewracanie siana i wrócił do domu. Na podwórzu zastał niezwykłe poruszenie. Cała rodzina stała z zadartymi głowami głośno rozmawiając i gwałtownie gestykulując.

- Co się stało? – zapytał.

- Nie widzi dziadzia? – Pszczoły!

- Gdzie pszczoły?

- Nad nami pełno pszczół!

- Aha, widzę, lecą za chlew. Są to pszczoły, które się komuś wyroiły. Z młodą matką część pszczół wyfrunęła z ula i chce założyć nową pszczelą rodzinę – wytłumaczył Grzegorz i wszedł do domu. Po chwili młodzi przynieśli wiadomość, że pszczoły uwiązały się na jabłonce za ogrodem. Najstarszy prawnuk Darek był cały rozentuzjazmowany. Od dłuższego czasu marzył, aby mieć pasiekę. Wuja Franek, brat Grzegorza, obiecał mu jeden rój dać jesienią, a tu drugi spadł mu z nieba.

- Dziadku, wsyp mi te pszczoły w stary ul i będę je hodował.

Dziadek pomyślał chwilę i zgodził się. Zaczęła się krzątanina. Grzegorz wiele lat temu hodował pszczoły, ale z braku czasu przestał się nimi zajmować. Wszystko się popsuło lub pogubiło. Zgubiła się także rojnica, do której miały być zebrane pszczoły. Wreszcie na strychu znalazła się kapa do zasłonięcia twarzy przed pszczołami i karton. Tak uzbrojeni pszczelarze poszli za ogród. W rozwidleniu gałązek uczepiły się pszczoły, tworząc brzęczący i ruchomy kłąb.

- Ty będziesz trzymał karton, a ja strząsnę – rozkazał dziadek.

- O nie! – krzyknął Darek i odbiegł parę kroków.

Grzegorz szybko potrząsnął gałązkami. Prawie wszystkie pszczoły wpadły w karton. Z przedramienia zgarnął ich zaledwie kilka.

- Ile cię ugryzło? – zapytał Darek z troską.

- A czy ja liczyłem? Nie mówi się ugryzło tylko użądliło. Pszczoła by musiała ugryźć pyszczkiem, a ona ma żądło w odwłoku i nim kłuje.

Darek z ojcem wyciągali ul z kąta ogrodu mocując się z pokrzywami i łopianem, córka Grzegorza oczyszczała nożem ramki, na których później Darek rozciągnął nowy drut i wlepił pożyczoną od sąsiadów węzę.

Wszystkie dziwne zajęcia obserwowały młodsze siostry Darka oniemiałe z przejęcia. Gdy ul, skompletowany z trzech starych uli, stał przy malinach wszyscy poszli do domu na herbatę i ciasto. Dziadek czuł się ważny, jakby odmłodniał.

- Darek, pamiętaj – pouczał – przy pszczołach musisz być spokojny, nie możesz wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Jeśli cię pożądlą, to trudno. Później powyciągasz sobie żądła, żeby się jad więcej nie sączył. Jeśli będziesz zły i pójdziesz robić w pasiece, to się zaatakują. Nie lubią też zapachu potu, ani perfum.

- Przecież perfumy pachną – zauważył Darek.

- Widocznie śmierdzą, pszczoły znają się na zapachach. Wieczorem przesypiemy je z kartonu do ula, a jutro ugotujemy cukier i je zakarmimy.

- A nie możemy dzisiaj? – niecierpliwił się Darek. Dzisiaj nie musimy. Pszczoły, gdy się roją, zabierają sobie pokarm na trzy dni.

- Ale mądre!

- Tak pszczoły są mądre. Cały świat jest przez Boga mądrze urządzony. Gdy pszczoła znajdzie duże pole kwiatów, np. rzepaku, to na plastrze miodu tańcem pokazuje, w którym kierunku i w jakiej odległości znajduje się to pole. Wykonuje różne kółka i ósemki, które coś znaczą. Inne pszczoły dotykają ją czółkami, żeby odczytać ten taniec. W ulu jest zupełnie ciemno, a one tak równiutko potrafią zbudować garnuszki do miodu.

Trzy dni później.

Pszczoły mają się dobrze. Nakarmione, uwijają się pracowicie jak to pszczoły, zbierając nektar z nielicznych kwiatów o tej porze. Darek chodzi z zapuchniętym okiem i wygląda na prawdziwego pszczelarza. Dwa kroki za ulem czerwienią się dorodne maliny, których nikt nie zrywa bojąc się pszczół. Grzegorz siedzi przed domem i odpoczywa. Przyszła najmłodsza prawnuczka z garnuszkiem i pyta:

- Dziadku, pszczoły przyniosły już miód?

- W tym roku, maluchu, nie spróbujesz miodu z tego ula – powiedział dziadek z uśmiechem, przygarniając swoją ulubienicę. – Pszczoły tak szybko go nie zbierają. Jedna pszczoła przez całe swoje życie uzbiera zaledwie jeden gram. A cały rój przez rok zje około 60kg. Miód, który im wybierzemy musimy uzupełnić cukrem.

- To ja zjem cukierka – powiedziała Małgosia i podskakując pobiegła do kuchni.

Kazimiera Malicka

Słuchaczka Gdyńskiej Akademii Srebrnego Wieku

 

DZIKIE KACZKI

W ciągu całego mojego życia nawarstwiają się wspomnienia. Czasami drzemią cicho latami, aż pewnego dnia ożywają i stają się niejako cząstką mnie samej. Jedyne, niepowtarzalne.

Opowiem zdarzenie, które tylko ja jeszcze w sobie noszę, gdyż pozostali jego uczestnicy nie żyją.

Była okupacja. Miałem wtedy osiem lat. Rodzice i młodsza siostra mieszkali w Gdyni, a ja dla większego bezpieczeństwa przebywałam na wsi u babci, w powiecie mogileńskim. Pewnego dnia mój ukochany wuja, którego nazywałam wujochem, poszedł z dziewczyną na spacer na mokradła i tam znaleźli maleńkie kaczuszki. Połapali je i przynieśli do domu. Było ich aż siedemnaście. Dziewczyna nie była zainteresowana, ale wujek postanowił je hodować. Kto żyw, zajął się maleństwami. Co się działo. Umieszczone zostały w kurniku. Babcia przygotowała pożywienie jak dla zwykłych kaczek, to znaczy pokroiła zielone i zamieszała z ziemniakami. Ta mieszanka bardzo im smakowała. Uwijały się szybko i z każdym kęsem biegły do wody, żeby popić. Rosły wspaniale. Z czasem straciły puszek i zaczęły im wyrastać pióra. Machały skrzydłami , jakby już przygotowywały się do lotu. Chociaż, być może, nigdy by nie pofrunęły z powodu przejedzenia i braku ruchu. Cieszyliśmy się z czekających nas siedemnastu pysznych obiadów.

Tego złego dnia wybiegły mi przez furtkę. Akurat jechał mężczyzna na rowerze. To był Niemiec. Stanął i wybałuszył zdziwione oczy. Bez słowa odjechał, ale wiedzieliśmy, że będą kłopoty. Wkrótce zjawił się nasz rejonowy policjant i umówił się na spisanie zeznań. Gdybyśmy powiedzieli prawdę, wuja by poszedł do lagra, czyli obozu koncentracyjnego. Więc rodzina postanowiła, że powiemy, że to ja byłam na moczarach i znalazłam gniazdo z jajkami, które przyniosłam do domu, a babcia nasadziła kurę i wyległy się kaczątka. Niestety, nikt nie wiedział jak wyglądają jajka dzikich kaczek i ten temat zabierał dużo czasu, gdy mnie przygotowywano do zeznań. W końcu stanęło na tym, że jajka dzikich kaczątek są w kropeczki. Wujek pouczał mnie, żebym nic od siebie nie dodawała, a wyłącznie odpowiadała na pytania.

Siedzieliśmy w pokoju przy stole; dwaj Niemcy w mundurach policjantów i ja. W kąciku pozwolili zostać wujowi. Jeden policjant był z naszego regionu, a drugi, grubasek, od przeprowadzenia sprawy. Była absolutna cisza. W kuchni zapewne rodzina tłoczyła się przy dziurce od klucza. Pytania zadawał grubasek po niemiecku, a tłumaczył na łamaną polszczyznę nasz rejonowy policjant. Zamiast jajka mówił „joj”. Przezywaliśmy go później „Joj”. Byłam bardzo skupiona. Odpowiadałam krótko, rzeczowo. Nie mogłam jednak się doczekać, aż wreszcie zapytają jakie te jajka były. Był moment, że chciałam powiedzieć: „a te jajka były w kropeczki”. No cóż byłam tylko dzieckiem. Momentalnie tę myśl odrzuciłam, a tajemnicę o niej przechowałam, aby ją dopiero dziś wyjawić. Wystarczyłoby jedno niewłaściwe słowo i wszystko by się zawaliło.

Zapadł wyrok. Za to, że babcia nie kazała mi odnieść jajek na mokradła, tylko nasadziła kurę, musi odsiedzieć w więzieniu jeden miesiąc. Wydaje mi się, że babcia była więziona w Fordonie koło Bydgoszczy. Po miesiącu babcia wróciła. Nasza radość była nie do opisania. Jedynie babcia była jakaś smutna, ale pod wieczór doszła do siebie. Opowiadała, że przebywała w celi z czterema starszymi kobietami, a później z młodymi dziewczętami. Miała wtedy gorzej, bo dziewczęta szły do pracy, a babcia długo pozostawała sama. Za zadanie miała sprzątanie celi. Wyżywienie było bardzo liche. Z mięsa tylko w niedzielę dostawały „gnucek” wątrobianki. Tu babcia pokazała gnucek na palcu. Tymczasem kaczuszki nam zabrali i Toś mówił że zajął się nimi jakiś Niemiec leśniczy. Jeśli mu nie pozdychały, to on zajadał się siedemnaście razy wspaniałą Kaczyna.


Kazimiera Malicka

Słuchaczka Gdyńskiej Akademii Srebrnego Wieku

 

 
 
 
Statystyki odwiedzin: dziś 58, wczoraj 130
Copyright © 2019 YMCA Gdynia